Logowanie

10 lat minęło

W tym roku obchodzę mały jubileusz dziesięciolecia pracy na stanowisku komornika sądowego. Chciałbym użyć sformułowania: „świętuję jubileusz”, ale otaczająca rzeczywistość raczej do tego nie skłania.

Dziesięć lat to perspektywa, która, jak sądzę, pozwala wyciągnąć wnioski natury ogólnej. A te, niestety, optymistyczne nie są. Za największą bolączkę wykonywania tej pracy uznaję brak stabilności systemu prawnego regulującego egzekucję sądową, zarówno w dziedzinie ustrojowej, jak i procesowej. Wystarczy tylko nadmienić, że ustawa o komornikach sądowych i egzekucji była od wejścia w życie, czyli od 1997 r., nowelizowana 28 razy, a kodeks postępowania cywilnego w tym samym okresie przeszedł 144 zmiany! W tej sytuacji jeden z podstawowych postulatów systemu prawnego, czyli spójność, bierze – mówiąc kolokwialnie – w łeb.

Ta gigantyczna „nadprodukcja” prawa, chęć uregulowania każdej dziedziny ludzkiej aktywności przepisami jest w ogóle przyczyną dewastacji całego polskiego systemu prawnego. Regulujemy ustawowo wszystko, co nas otacza, zatem ilość przepisów jest ogromna i do tego stale rosnąca, są źle zredagowane, dotyczą coraz bardziej szczegółowych kwestii, co z kolei wiąże się z koniecznością ich ciągłego nowelizowania, w następstwie daje to efekt kuli śnieżnej. Nad zjawiskiem tym już nikt nie panuje. Do tego każde zdarzenie rodzące negatywny skutek, upublicznione przez media, rodzi postulat dopasowania prawa do tego konkretnego wypadku. I tak dopasowujemy, dopasowujemy… I nic do siebie już nie pasuje. Na marginesie tych rozważań przytoczę rozmowę z norweskim prawnikiem, opublikowaną w polskiej prasie po skazaniu na karę 21 lat pozbawienia wolności Andersa Breivika. Kara ta oczywiście każdemu wydaje się niewspółmierna do ogromu zbrodni, więc dziennikarz dociekał, kiedy i jak Norwegowie zmienią prawo. Ale odpowiedź była prosta – norweski prawnik stwierdził, że ich system karny został wypracowany przez lata i przez jeden, nawet najbardziej skrajny wypadek, nie należy demontować całości sprawnie funkcjonującej machiny. A my w tę naszą prawną machinę sypiemy piach, coraz więcej i więcej piachu… Ogólna zatem ocena ciągłych zmian jest oczywiście negatywna. A podchodząc do zmian już konkretnie? Niestety, przez ostatnie 10 lat każda zmiana była na gorsze. Każda nakładała nowe obowiązki, obostrzenia proceduralne, nakazywała gromadzić więcej dokumentów, przeprowadzać bardziej skomplikowane i pracochłonne procedury, przedłużając przez to czas postępowania egzekucyjnego. Prawa dłużnika są rozbudowywane, zatraca się sens postępowania egzekucyjnego, czyli skuteczność. Postępowanie egzekucyjne zaczyna coraz bardziej przypominać postępowanie rozpoznawcze, choć ich cele są przecież zupełnie różne. A przy tym, wprowadzając zmiany, nikt nie interesuje się, jak je sfinansować. To znaczy jest pewna zależność pomiędzy generowaniem nowych kosztów przez zmiany prawa a opłatami egzekucyjnymi. Z tym, że jest ona odwrotna od oczekiwanej. Opłaty się bowiem obniża. Plany zaś w tej dziedzinie, jak widać z diariusza sejmowego, są dalekosiężne. Żeby nie być gołosłownym, weźmy ostatnią zmianę, nakazującą sporządzać komornikom odpisy tytułów wykonawczych i doręczać je dłużnikom. Pomijam już zamieszanie w nomenklaturze prawnej, bowiem odpis dokumentu w zasadzie powinien być sporządzony przez organ, który ten dokument wydał, albo przez notariusza, ale mniejsza z tym. W małej kancelarii, gdzie wpływa około 2000 spraw rocznie, przy czterech stronach tytułu wykonawczego to 8000 kopii, to 16 zbędnie zadrukowanych ryz papieru. A w największych w Polsce kancelariach, gdzie wpływ przekracza 200.000 spraw, to 800.000 zbędnych kserokopii i 1600 ryz papieru. W całym kraju, przy wpływie rzędu 5 milionów spraw, daje to 20 milionów zmarnowanych kartek papieru. Pracy ludzkiej, energii zużytej przez kserokopiarki i tonerów nawet nie liczę. I po co? Nie wiem. Kiedyś istniał obowiązek doręczenia odpisu tytułu wykonawczego przy zajęciu rachunku bankowego, ale jako zbędny słusznie został uchylony. A dziś wrócił, i to w każdej sprawie, nie tylko przy zajęciu rachunku bankowego. Jedyna zmiana na lepsze, taka wyraźna, rzekłbym: stuprocentowo pozytywna, to wprowadzenie pilotażowego programu dostępu komorników do elektronicznych ksiąg wieczystych. Ilość ujawnianego przez komorników istotnego majątku w postaci nieruchomości dzięki tej metodzie jest nie do przecenienia. A raczej była. Bo pilotaż zakończył się w listopadzie ubiegłego roku. Istnieją obietnice, że wkrótce ten dostęp zostanie przywrócony, już w formie właściwej, nie pilotażowej. Ano, pożyjemy, zobaczymy. Część koleżanek i kolegów uzna pewnie za pozytywną zmianę umożliwiającą masowe powoływanie nowych komorników. Obawiam się jednak, że ten optymizm pryska tuż po objęciu stanowiska, kiedy poweźmiemy informację, że oprócz nas, minister powołał w naszym najbliższym sąsiedztwie jeszcze kilku czy kilkunastu komorników. Nie musi przecież już nawet obwieszczać o wolnych stanowiskach. Spraw egzekucyjnych, a szczególnie pieniędzy u dłużników, nie przybywa tak szybko. Niestety. Co ciekawe, sam minister sprawiedliwości łamie bez skrupułów ustawę i tak już mocno zliberalizowaną. Przesłanką bowiem wynikającą z art. 11 ust. 2 ustawy o komornikach sądowych i egzekucji jest m.in. badanie wielkości wpływu, stanu zaległości i ich opanowania, ilości przedsiębiorców i struktury ludności. Jeżeli minister powołuje kilku nowych komorników w jednym rewirze, i robi to w ciągu kilku miesięcy od poprzedniego zwiększenia ilości tych stanowisk, to logiczne, że nie może uwzględnić ustawowych przesłanek, bo nie dysponuje niezbędnymi danymi. Ale kto by się przejmował takim drobiazgiem jak ustawa. Można by spuentować ten wątek, że skoro są chętni, to znaczy że jeszcze się zmieszczą na rynku. Tak, w krótkiej perspektywie. Nie biorąc pod uwagę skutków takich działań, choćby poprzez analizę tak przecież rozbudowanych przez ministra sprawozdań, przyjdzie taki moment, że do ministra wpłynie kilkadziesiąt czy kilkaset podań o odwołanie. Naraz. Tak samo gwałtownie, jak wcześniej wniosków o powołanie. I konia z rzędem temu, kto w ustawie o komornikach sądowych i egzekucji znajdzie źródła finansowania przewidywanej przeze mnie katastrofy. Nie znajdzie, bo ich po prostu nie ma. Ustawodawca, jeszcze w 1997 r. nieco racjonalniejszy, nie przewidział, że egzekucja nie będzie się samofinansowała. Ale wtedy było 600 komorników, a opłaty wynosiły 21%, z czego – o ile pamiętam – 7% uiszczał wierzyciel w razie bezskutecznej egzekucji. Dziesięć lat minęło. Szybko. Czy będzie okazja obchodzić kolejną okrągłą rocznicę pracy jako komornik? Nie wiem. Choć wierzę, że przyjdzie w końcu jakaś refleksja u rządzących, coś się zmieni. Na lepsze. A jeśli nie, to poszukamy sobie innej pracy. Na egzekucji świat się nie kończy.